F-16 miały problem podczas rosyjskiego ataku. Nie działał kluczowy system
Jak ustaliła "Rzeczpospolita", nie funkcjonował system wymiany danych Link-16, a piloci musieli przekazywać sobie informacje o położeniu przez radio. To niejedyny problem, który miał ujawnić incydent. Rosyjski pocisk Ch-101 wleciał nad Polskę nad ranem 30 lipca i ostatecznie rozbił się w pobliżu miejscowości Tarnawa-Kolonia. Po zdarzeniu przedstawiciele władz oraz wojska zapewniali, że system obrony zadziałał prawidłowo.
Donald Tusk kilka godzin po incydencie przekonywał, że pierwsze informacje wskazywały na szybką i sprawną reakcję służb oraz wojska.
Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych gen. Ireneusz Nowak informował z kolei, że jeden z F-16 otrzymał zadanie przechwycenia obiektu i znalazł się w rejonie w momencie, gdy rosyjska rakieta uderzyła w ziemię. Zapewniał, że gdyby pocisk kontynuował lot, podjąłby decyzję o jego zestrzeleniu.
Dowództwo Operacyjne podało, że niezidentyfikowany obiekt został wykryty w polskiej przestrzeni powietrznej o godz. 3.40. Do jego rozpoznania i przechwycenia skierowano F-16. Sześć minut później, jeszcze przed jednoznaczną identyfikacją, obiekt zniknął ze wskazań radarów.
Link-16 nie działał
Ustalenia "Rzeczpospolitej" pokazują jednak, że sytuacja była bardziej skomplikowana. W powietrzu znajdowała się już wcześniej poderwana dyżurna para polskich F-16. W chwili naruszenia polskiej przestrzeni przez rosyjski pocisk jeden z myśliwców miał jednak tankować w powietrzu z sojuszniczego tankowca.
Drugi F-16 zajmował się natomiast innym obiektem znajdującym się w pobliżu polskiej granicy. Jak podaje gazeta, okazał się nim ukraiński MiG-29, który prawdopodobnie próbował przechwycić rosyjski pocisk jeszcze nad Ukrainą.
Najpoważniejsze wątpliwości dotyczą jednak systemu Link-16. Jest to wykorzystywany w NATO system wymiany danych pozwalający m.in. na przekazywanie informacji o sytuacji taktycznej i położeniu uczestników operacji.
Według "Rzeczpospolitej" w parze polskich F-16 Link-16 tej nocy nie działał. Piloci mieli więc informować o swoich pozycjach za pomocą łączności radiowej. Mogło to wpłynąć na sprawność całej operacji. Co więcej, według gazety w Siłach Powietrznych problem miał być znany wcześniej, ale nie udało się go na czas rozwiązać.
Problemy także z Patriotami
Gazeta zwraca uwagę na jeszcze jeden element polskiego systemu obrony powietrznej. Chodzi o współpracę systemu Dunaj, służącego m.in. do rozpoznania radiolokacyjnego i tworzenia obrazu sytuacji powietrznej, z systemem Patriot. Według ustaleń dziennika oba systemy nie tworzą spójnej całości. Operator Patriota ma w efekcie korzystać z dwóch monitorów i zestawiać informacje pochodzące z różnych źródeł.
Podczas lipcowego incydentu Patrioty nie zostały wykorzystane. Według gazety najbardziej prawdopodobnym powodem było to, że obiekty nie znajdowały się w zasięgu baterii.
Wojsko analizuje incydent
"Rzeczpospolita" zwróciła się w sprawie opisanych problemów do Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych. Wojsko nie potwierdziło ani nie zaprzeczyło szczegółowym ustaleniom gazety. – Obecnie prowadzona jest szczegółowa analiza incydentu, której celem jest ustalenie wszystkich jego okoliczności, w tym dotyczących funkcjonowania poszczególnych elementów systemu obrony powietrznej oraz zaangażowanych sił i środków – przekazał rzecznik Dowództwa Operacyjnego ppłk Jacek Goryszewski.
Zaznaczył jednocześnie, że informacje dotyczące zdolności, procedur i sposobu działania polskiego systemu obrony powietrznej podlegają ochronie. – Brak odniesienia się do poszczególnych informacji, założeń lub tez zawartych w przesłanych pytaniach nie stanowi ani ich potwierdzenia, ani zaprzeczenia – podkreślił ppłk Goryszewski.